Moje lekarskie opowieści
Kategorie: Wszystkie | Opinie | praca | Różne | Studia
RSS
poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Mam dziś humorek, no aż nie wierzę. Wróciłam styrana, jak to w poniedziałek, ale nakupowałam fajnego jedzonka, gotuję obiad, dziś ryba, dom ogarnięty... Aż żałuję, że jeszcze dzieci brak, bo miałabym dziś energię z nimi wojować ;) Na razie pichcę tilapię w sosie teryaki z makaronem, bo ryżu nie lubię gotować ;) Lubię przygotowywać obiady dla kilku osób, wtedy czuję, że zmywanie garów ma sens :)

Tak, pisząc posta na bloga prawie spaliłam... makaron. Help.

A jak mi tak ogólnie w życiu? A nieźle! W sprawach rodzinnych dobrze, życie osobiste mi się układa tak, jak chcę, w pracy też coraz lepiej. Jeszcze nie "wspaniale", ale już bliżej niż dalej. Czuję, że ta interna zaczyna mi się podobać. A raczej nie interna - interna podobała mi się zawsze. Bardziej robota na internie. Mimo tych wszystkich papierzysk i innego syfu. I wiecznego niedofinansowania.

Właściwie, to który oddział jest dofinansowany...? Wszędzie źle, jak ktoś chce znaleźć minusy.

A na razie wracam do gotowania.

17:54, cellula
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 sierpnia 2016

Jako że mam krótkie bo krótkie, ale zawsze wolne, napiszę coś bez pracy, bez jęczenia, bez niskich zarobków, bez dyżurów. Będzie wakacyjnie.

Siedzę w domu rodziców, wszyscy wybyli gdzieś tam, hen, na wakacje, a ja pilnuję kotów i podlewam kwiatki. Jeżdżę sobie do sklepów, kupuję różne niepotrzebne rzeczy, popijam piwko i zajadam się truskawkami w śmietanie. Tak, jeszcze znalazłam truskawki i to nie plastikowe dmuchańce ;)

Jako że rządzę ja, koty mają nielegalnie wkrawaną do karmy kiełbaskę ;)

Dochodzi północ, a ja z czystym sumieniem i radującym się sercem powiedzieć mogę, że niepomna słów różnej maści trenerów personalnych po prostu się dziś opierdalałam. Kupienie sera było najbardziej wymagającą czynnością, jaką dziś podjęłam. Przynajmniej był to bardzo dobry ser. Na swoje usprawiedliwienie nic nie napiszę, bo nie zamierzam się usprawiedliwiać. Wystarczy mi, że niedługo znów do roboty.

Ale nie myślę o pracy, tylko otwieram kolejne piwo ;)

wtorek, 19 lipca 2016

"Weź internę, weź internę! Ciekawa, wszechstronna, wiele ofert pracy!" mówili mi przed wyborem specjalizacji. "Po co do kurwy nędzy wzięłaś tę internę? Zarobki chujowe, perspektywy chujowe, robota chujowa" mówią teraz, gdy już, no kurde, za późno.

Ludzie no, ogarnijcie się.

Nie, żebym narzekała na pracę, o nie. O dziwo na nic nie narzekam ;) Chociaż czasem włosy dęba stają, co tu się wyrabia. No i tony papierów, tooony. A co będzie dalej? No cóż, to się zobaczy. Jakoś inni na oddziale żyją, pracują, mają się nieźle, jeżdżą na wakacje, mają rodziny, po kilkoro dzieci, opowiadają, jak to byli na skałkach, a kto inny we Wrocławiu. No kurde da się? Da.

Chociaż od sierpnia kończy się taryfa ulgowa i mam mieć cztery czy pięć dyżurów w miesiącu, jak inni. A nie jeden mały dyżurek. Ble.

Tagi: praca
19:50, cellula , praca
Link Komentarze (6) »
czwartek, 30 czerwca 2016

Ciąg dalszy nie-narzekania. "Lubię swoją pracę, lubię swoją pracę" - powtarzam sobie. I wiecie co? Naprawdę ją lubię ;) Robota ciężka, perspektywy chujowe, płaca jaka jest, każdy widzi, ale ja już się chyba do tego wszystkiego przyzwyczaiłam. Syndrom sztokholmski?

Dziś znowu dostałam od pacjenta czekoladki. To miłe. To były zwykłe, tanie czekoladki, ale pacjent był taki dumny, jak mi je dawał! Pacjenci czasem coś dają, czasem "tylko" dziękują, ale zawsze robią to z sercem. I jak tu ich nie kochać? ;) Każdy taki gest utwierdza mnie w przekonaniu, że ta medyczna wegetacja, zwana rezydenturą, opłaca się, jeśli nie finansowo, to chociaż mojej psychice.

Kolega z roku napisał na facebooku, że dostał od pacjenta sernik ;) Też dobrze! On jest na innej specy, ale też ma swoich wdzięcznych pacjentów. I, jak każdy, swój cmentarzyk.

Ja też mam swój cmentarzyk. Leży on nad moim biurkiem w postaci historii choroby do dokończenia. Widzę go codziennie.

Tagi: praca
19:42, cellula , praca
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 czerwca 2016

Jakim cudem mojej skromnej osóbce udało się przetrwać pół roku specjalizacji bez utraty prawa wykonywania zawodu i pozwu od pacjenta? Nie mam pojęcia. Ale... się udało! Moim koleżankom z pracy również, chociaż one są na innej specjalizacji. Pracujemy razem ze względu na nowy tryb specjalizowania się, tzw. moduły. Niedługo będę musiała starać się o zewnętrzne staże i kursy. Kilka nawet mam już umówionych, między innymi jeden w szpitalu klinicznym w Dużym Mieście. 

Problemy zdrowotne ostatnio dały mi się we znaki, ale jak na razie udaje mi się obyć bez zwolnień i innych przerw. To dobrze, bo każde zwolnienie przedłuża specjalizację. Nie chcę skończyć jej w 2030 roku. 

Niedawno zostałam oskarżona o zbytnie narzekanie na blogu ;) więc teraz wpis postaram się stworzyć o pozytywnym wydźwięku, żeby nie było, że jestem jęczydupą (no dobrze, jestem, ale może mój blog będzie weselszy niż ja...) ;) Tak więc jeśli ktoś chce wybrać internę jako specjalizację, to na dzień dzisiejszy mogę polecić ją z czystym sercem. Dziedzina ciekawa, każdy przypadek inny, cała gama ze Szczeklika na jednym oddziale. Nie ma nudy.

Jeśli za to ktoś chce wybrać duży szpital w mieście X, gdzie obecnie pracuję, to jednak nie polecam. Dziwna atmosfera, grosze za dyżury, średnio przychylne szefostwo, zsyłki na SOR... a tak, miałam nie narzekać ;) Dobrze, kończę.

Tagi: praca
21:17, cellula , praca
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16