Mój studencko-medyczny żywot
Kategorie: Wszystkie | Opinie | Różne | Studia
RSS
środa, 04 listopada 2009
Nauka?

W życiu podjęłam – jak pewnie każdy zresztą - wiele dziwnych decyzji. Jedną z nich było pójście na te studia. Taki z dupy wzięty pomysł w liceum. Bo ciekawy zawód. Bo ambitny. Bo można pomóc. Takie tam. Było o tym zresztą w pierwszym poście.

Teraz się waham. Znowu. Pamiętam, jak rozmawialiśmy w szkole ze studentem medycyny – absolwentem naszego liceum. Opowiadał nam o kołach, straszył nas ilością materiału na pierwszym roku, szpilkami, stresem. Ci, co wybierali się na medycynę mieli błysk w oku – łał, trupy, wielkie księgi, kucie... Takie prawdziwe studencko-medyczne życie! A ja siedziałam przytłoczona tym wszystkim i myślałam sobie „jasna cholera, w co ja się pakuję... W życiu nie dam rady!” W czasie wakacji, gdy już oficjalnie miałam zostać studentką, zajrzałam do Pituchowej i Bochenka, tak dla porównania, obejrzenia, zapoznania się z tym, co będę miała niby umieć. I po raz drugi myśl „w co ja się pakuję...” Ale i tak byłam pełna entuzjazmu: w końcu studentka – to brzmi dumnie :) Entuzjazm minął, nadeszła rzeczywistość. I nauka.

To zabrzmi dziwnie. Może głupio. Może śmiesznie. Może na medycynie to herezja. A może nie. Od początku ile mogłam, starałam się zrozumieć. Siedziałam dłużej nad książkami, czasem kosztem snu, a czasem nienauczonych paru stron, żeby wytłumaczyć sobie: dlaczego. Dlaczego ten mięsień zgina w tym stawie. Dlaczego uszkodzenia tego nerwu powodują to i tamto. Jak idzie ta tętnica, czy razem z nią przebiega żyła, nerw. Anatomii uczyłam się razem z embriologią, podobnie histologii. Rozwojowo, czynnościowo, topograficznie.

Podobnież szeroko opisywanej przeze mnie fizjologii uczę się na logikę. Na logikę, bo jako „ścisłowiec” po prostu nie potrafię tak po prostu wkuć dużej ilości materiału. Owszem, nazwy białek z histologii, część anatomii, tygodnie z embriologii – nie wszystko dało się łatwo wyjaśnić. Ale nad tym posiedziałam i było ok. Owszem, czasem cierpiały na tym moje stopnie, na przykład, gdy na kolokwium z anatomii nie potrafiłam dokładnie wyliczyć mięśni czy naczyń, gdyż miałam mniej czasu na nauczenie się ich wszystkich. Jednak wiem, że dzięki rozumieniu niektórych zagadnień byłam w stanie odpowiedzieć na egzaminach na pytania, na które nie znałam na pierwszy rzut oka odpowiedzi.

Tylko że wiem, iż odwlekam nieuniknione. Że będę kiedyś musiała przysiąść i wkuć na debila te parę(naście, dziesiąt) stron. I że nie dam rady. Bo mój mózg się zbuntuje: o co tu chodzi? Co? Jak? Dlaczego to wygląda tak a nie inaczej? BO TAK. Bo tak ktoś odkrył/nazwał/napisał/zarządził. A ja przez paręnaście lat życia, gdy wiązałam jeszcze przyszłość z naukami ścisłymi, uczyłam się rozwiązywać problemy, uczyć się przez zrozumienie, przez samodzielne myślenie i ewentualne zapamiętanie wzoru czy twierdzenia. Powtarzano mi: nie warto zakuwać, trzeba znać przyczynę! Wzoru najłatwiej nauczyć się, samemu go wyprowadzając.

Jak to się przydaje na medycynie?

Hmmm...

niedziela, 25 października 2009
Fizjologia

No i batalia oficjalnie zakończona. Chociaż zapewne potrwa do czerwca, a dla niektórych studentów jeszcze rok dłużej. Szaleństwa niby nie ma, szef Katedry usunął kilka punktów regulaminu, z czego de facto na usunięciu dwóch konkretnych nam zależało. O możliwych plusach i minusach usunięcia owych punktów pisać nie zamierzam, jako że obiektywnie nikt się jeszcze temu nie przyjrzał. Dr W. zachwalał regulamin jako jedyne sprawiedliwe rozwiązanie, niezwykle korzystne dla studentów. Studenci, szczególnie starsi (nasze wyrocznie od "macie przesrane, a będzie jeszcze gorzej"), twierdzili coś zgoła innego.

Po pierwsze - punkty ujemne. Punkty ujemne nie mogą mieć ponoć wpływu na zaliczenie przedmiotu, a miały, ponieważ były przyznawane na sprawdzianach. Sprawdziany były kolokwiami, ale nimi nie były, bo na kolokwiach nie może być ujemnych punktów, gdyż ocena z nich ma wpływ na zaliczenie przedmiotu.

Po drugie - słynny już na naszej uczelni Paragraf 22: „W przypadkach szczególnych, które ze względu na bogactwo zdarzeń życiowych nie dają się przewidzieć, Kierownik Katedry może podjąć decyzje – zarówno na korzyść jak i na niekorzyść Studenta - wykraczające poza literę niniejszego regulaminu” Punkt ten wzbudził największe kontrowersje, gdyż dr W. twierdził, iż pomagał on niektórym studentom zdać egzamin, mimo że zgodnie z regulamine go nie zdali, zaś w kręgach studenckich krążyły legendy o rzeszach studentów udupianych na kolokwiach z powodu zmiany oceniania/formy/czegokolwiek.

Ogólnie z tego wszystkiego najlepsze jest to, że największy opierdziel dostała starościna. Głównie od studentów. Że niby nie konsultowała ze starostami, że nie myślała, że działała na własną rękę i wymyśliła sobie to wszystko, a my będziemy cierpieć. Prawda jest taka, że ilu starostów rusza dupę na zebrania i robi cokolwiek w związku z pełnioną fonkcją wiedzą chyba wszyscy. Ja też, choć starostą nie jestem. No ale taka mentalność niektórych kretynów. Jak nikt nic nie zrobi, to jest źle i dlaczego nikt nie interweniuje. Jak ktoś coś zrobi to jest źle i po co, przecież będą kłopoty. Sami nic, ale jak coś się dzieje to ho, ho! nasze rodzime polskie narzekactwo aż w nich kipi. I co by potem się nie stało, to powiedzą "a nie mówiłem?"

piątek, 09 października 2009
Europeistyka

Rozpoczęła się dziwna, można powiedzieć niepokojąca, batalia z Katedrą Fizjologii. Rzecz tyczy się regulaminu, który jest nie tylko niezwykle zawiły, ale ponoć też mniej korzystny niż w zeszłym roku. Nie wiem jak jest naprawdę, nie wgłębiałam się, ale w opinii starostów konieczna była interwencja i machanie Katedrze przed nosem regulaminem Uczelni. Oby nie była to zbyt pochopna decyzja, bo konsekwencje wojny z Fizjologią mogą odczuć (i pewnie odczują) wszyscy studenci. Trzeba czekać i zobaczyć, jak sprawy się potoczą. Oby w korzystnym dla nas kierunku.

A tak z innej beczki, jakiś tydzień po przeprowadzce dopadło mnie przeziębienie. Jak zresztą wielu innych studentów mojej uczelni. To chyba efekt tutejszych „mrozów”, bo w moim mieście było o niebo cieplej i z przyzwyczajenia przewędrowałam kilka pierwszych dni w dość letnim ubraniu :) Skończyło się bolącą twarzą: najpierw – jak mi się wydaje - V2 i V3, potem V1... Może coś jeszcze z tej anatomii pamiętam? :)

Znajoma, powiedzmy – X, ze stron rodzinnych zadzwoniła wczoraj do mnie, bo pogadać o naszych „drugich rokach” (X studiuje na innym lecz również absorbującym kierunku). W pewnym momencie rozmowa zeszła na naszą koleżankę Y. X poruszona do głębi opowiadała, że Y „prawie w ogóle nie ma zajęć. Parę godzinnych wykładów w tygodniu”. Do tego gdy wraca do domu, ma wolne. Y studiuje europeistykę. To mi przypomniało pewną znajomą z kierunku z serii ”przyjmujemy każdego, kto zdał maturę, tylko błagamy: przyjdźcie!”, która, gdy ją poznałam, uczyła się do piątej (!) poprawki zaliczenia. Chociaż czy się uczyła? Przecież zawsze może zdawać jeszcze raz, a kiedyś musi się w końcu udać...

Ale wiecie, co mnie motywuje? Taki pewien pacjent z moich praktyk. Pacjent psychiatryczny, który trafił na nasz oddział z zupełnie innego powodu. Pacjent, o którym lekarze i pielęgniarki mówili, używając słów rodem ze szkolnego korytarza. Pacjent, do którego przydzielili mnie, studentkę, ponieważ pielęgniarkom nie chciało się pilnować kogoś, kto nie chce leżeć spokojnie, ucieka z sali, i nie słucha poleceń. Czy komuś, kurna, przyszło do głowy, żeby zastanowić się: dlaczego? Czy ktoś nie mógł, zamiast zamykać go samego w sali, poświęcić trzy minuty (tak, tyle czasu to zajęło) by zatrzymać się przy nim na chwilę i wpaść na to, że pacjent po prostu NIE MA POJĘCIA, GDZIE SIĘ ZNAJDUJE? Wystarczyło spokojnie, nie opierdzielając go za to, że łazi po oddziale, jak mu nie każą, wyjaśnić mu, gdzie jest i dlaczego. Do czasu opuszczenia oddziału nie opuścił swojej OTWARTEJ JUŻ sali. Kropka.

Nie twierdzę bynajmniej, że mam powołanie czy coś tam. Słowo to dla każdego oznacza coś zgoła innego i nonsensem jest wykłócać się, kto je ma, a kto nie. Po prostu każdy taki przypadek wart jest tej nieprzespanej nocy, tej bieganiny po dziekanatach, tej gorączki przedegzaminacyjnej... I mam w dupie wszystkich, którzy pomyślą teraz o mojej naiwności, marnych zarobkach czy bluzgających, rzygających pijakach. Mam w dupie roszczeniowych i moherowych. Mam w dupie, bo jestem na drugim roku i jeszcze mogę :)

niedziela, 04 października 2009
Zeszyt w kratkę

Mieszkam w – powiedzmy – prawie centralnej i dobrze skomunikowanej części miasta. W okolicy sklepy, punkty usługowe i galerie handlowe. Wydawać by się mogło, że człowiek dostanie tu wszystko, jeśli nie w centrum handlowym, to w sklepiku za rogiem. Błąd. Może jako studentka mam zbyt wysokie wymagania, może moje potrzeby są klasyfikowane przez system podaży-popytu jako nieistotne, może zgłupiałam ostatnimi czasy i nie umiem czytać ze zrozumieniem nazw sklepów.

Szukałam zeszytów w kratkę w liczbie pięciu. Zwykłych, A5, 60-80 kartek. Nie w twardej oprawie z trójwymiarowymi rysunkami, z brokatem i Bóg wie czym jeszcze. Nie 200-kartkowych brulionów z mapą świata w środku. Nie 16-kartkowych w kolorowe i świecące linie. Nie z żarówiaście kolorowymi kartkami. Nie... I nie chodzi tu nawet o mój zmysł estetyczny, ponieważ byłam już skłonna kupić zeszyt z jakimś paskudnym pieskiem czy czymś w tym stylu. Chodzi o to, że nie zamierzam wydawać dwudziestu złotych na zwykły zeszyt, bo ma poprzyklejane cekiny, sztywną wkładkę w środku czy kolorowe marginesy.

Chwilami wolałabym już – jak dwie moje koleżanki - mieszkać na zadupiu, gdzie ma się pod oknem Lidla czy Biedronkę. Gdzie można wyjść i w pięć minut kupić zupkę chińską, produkt seropodobny, syfiastą szynkę i zeszyt w kratkę.

Czy ja marudzę?...

wtorek, 15 września 2009
Doktory

Geniusz, w powszechnym wyobrażeniu jest to osoba trzymająca się daleko od ludzi, dziwak, nie korzystający z życia, spędzający czas tylko ze swoimi książkami i przemyśleniami. Cóż, geniusze lekko nie mają, w końcu większość to wariaci, ale któż nie chciałby być takim prawie-geniuszem? Dajmy na to przykładowo medycynę – ile to osób nie idzie na te studia, widząc siebie kroczących dumnie szpitalnym korytarzem wśród szeptów podziwu i uznania zachwyconych pacjentów i lekarzy? Ile osób nie zamierza być chirurgami (specjalizacja szalenie popularna na pierwszym roku), marząc o przeprowadzaniu szalenie skomplikowanych operacji z prawie 100% przeżywalnością pacjentów? No cóż, takie głęboko ukryte marzenia ma pewnie wielu, nie tylko w medycynie, ale w każdym innym zawodzie. I większość po prostu dąży do bycia dobrym w tym, co robi, traktując je jako swego rodzaju ideał. Jednak część osób, najczęściej z medycyną mających tyle wspólnego, co ja na pierwszym roku :) traktuje to najzupełniej serio, wierząc, że dostanie się na studia medyczne jest gwarancją bycia „geniuszem”. Tak rodzą się młodociane Doktory, najaktywniejsze w okresie przed- i pomaturalnym.

Jak na prawdziwego Doktora-geniusza przystało, nie mogą oni marnować swojego cennego czasu na bzdury. Nie chodzą więc na imprezy dla „pustych nastolatków”, telewizja jest im obca, a gry komputerowe to rozrywka dla debili. Szanujący się Doktor-geniusz nie tylko gardzi rozrywkami plebsu, ale również samym plebsem. Ironicznie wypowiada się o infantylnych kolegach z klasy, którzy zamiast zakuwać biologię do matury siedzą w kinie. Dyskutują w swoim szacownym gronie, jak to będą oni śmiać się po maturze z tych pustych idiotów, którzy na pewno nie przekroczą 40-50% z żadnego z rozszerzeń. No bo jak można aspirować na tak elitarny kierunek jak medycyna nie spędzając nad podręcznikami co najmniej 3-4 godzin dziennie? Dobre sobie!

Tacy ludzie dzielą się, a raczej życie dzieli ich na trzy grupy.

Pierwsi idą na maturę pewni siebie, znając na pamięć tabelę rozpuszczalności wraz z kolorami osadów, a systematykę mszaków mają w małym paluszku. Po czym dostają zadanie, w którym trzeba przepisać zdanie z obrazka do tabelki i wymiękają. Mają ledwo po 50% są obrażeni na cały świat, jeżdżą do CKE i wracają z niczym, stwierdzają, że matury są do dupy, klucz to czysty debilizm i poprawiają maturę za rok.

Druga gupa to ludzie, którzy zdają maturę nieźle, dostają się na medycynę i idą na studia w przekonaniu o niezwykłości swojego umysłu. Często próbują kuć Bochenka w wakacje, żeby zabłysnąć na pierwszych zajęciach i już na samym początku poniżyć plebs. Dostają po dupie na pierwszych zajęciach, czasem na którychś z kolei, zależnie od asystenta. Nie tego się spodziewali. Nie chodzą po szpitalu w białym kitlu prężąc się dumnie? Nikt nie mówi do nich panie doktorze/pani doktor? Wielu z nich stwierdza, że to dlatego, iż anatomia czy embriologia są bez sensu, gdyż nie mają nic wspólnego z medycyną. Takie gadki-szmatki, a ich talent objawi się później. O tych domorosłych doktorach pisałam już jakiś czas temu. Kretyni.

Trzecia grupa to ludzie, którzy dostają po dupie na pierwszych zajęciach podobnie jak poprzedni, jednak dociera do nich, co to znaczy studiować medycynę. Orientują się, że lekarzami nie są i jeszcze długo nie będą. I zostają w większości normalnymi studentami. Oby tych było jak najwięcej, dla ich własnego dobra psychicznego. Niedługo nowy rok akademicki – i każdy się przekona, do której z grup trafi :) A może do żadnej? Może znajdą się ludzie, którzy będą traktować zawód lekarza jako zawód, a nie elYtarną przepustkę do bycia kimś lepszym od innych, od tej gorszej głupszej reszty?

sobota, 11 lipca 2009
Rekrutacja

Żyję wakacjami. Odpoczywam, czytam książki niezwiązane z medycyną, oglądam telewizję… I napawam się tymi wszystkimi „płytkimi” czynnościami, jakimi gardzą „prawdziwe doktory” – z reguły ci, którzy o studiach medycznych wiedzą tyle, że są fajne (wysmarowałam o tym posta, ale został na „gdańskim” komputerze i nie chciało mi się przenieść… :)) Jutro wyjeżdżam do cioci, niedługo po powrocie zaczynam praktyki, resztę wakacji również mam zagospodarowaną. Więc o leżeniu w domu do góry brzuchem albo lepiej innymi częściami ciała mogę pomarzyć. Jednak – mniej czy bardziej aktywnie – czas spędzam na odpoczynku. Psychicznym. Co by nabrać sił na naukę fizjologii i ukochanej przez wszystkich biochemii, o której legendy słyszałam już w liceum, kiedy nie tylko nie myślałam poważnie o Gdańsku, ale nawet o medycynie…

A tak z innej beczki: rekrutacja w toku. Progi w tym roku dość kosmiczne, jakieś 10% wyższe niż w zeszłym. Ciekawe ile miałabym punktów, gdybym była rok młodsza… I czy dostałabym się do Gdańska. W zeszłym roku zastanawiałam się poważnie nad Poznaniem, Wrocławiem, Krakowem, Zabrzem, Szczecinem czy Bydgoszczą. Ostatecznie wyszedł Gdańsk. Może gdybym złożyła papiery na inne uczelnie ()gdyż wybierałam w zasadzie losowo) czy konsultowała się z innymi znajomymi, to byłabym teraz studentką PAM czy CM UMK? Zresztą co to za różnica…

Poza tym korci mnie jeszcze kilka kierunków. Tylko że po rozmowie ze znajomym koleżanki doszłam do wniosku, że na cokolwiek bym poszła, to żałowałabym medycyny, tak jak teraz żałuję reszty :) Pozostaję więc na razie przy medycynie.

czwartek, 25 czerwca 2009
Sesja II

Wynik mojej drugiej sesji: 4:0 dla mnie :) Nigdy wcześniej nie czułam się tak zmęczona, zryta psychicznie i jeszcze nigdy nie miałam tak bardzo dość. Raz prawie poryczałam się z bezsilności - wiedziałam, że powinnam uczyć się więcej, ale nie mogłam. Nie dlatego, że byłam zmęczona czy niewyspana, a dlatego, że doba ma tylko 24 godziny... Ale udało się i jestem po prostu szczęśliwa :) Trzeba tylko pobiegać trochę z indeksem i cieszyć się wakacjami.

Bilans sesji: histologię oblało jakieś 115 osób, anatomię - 180. Czyli pewnie jakieś 3/4 roku spotka się we wrześniu... Niektórych naprawdę mi szkoda, bo zabrakło paru procent. Albo mieli pecha na dzisiejszej dopytce dla osób z 55-60% z teorii. Chociaż pewnie większość zobaczę w październiku (jeśli oczywiście sama czegoś nie zchrzanię, np. nie doniosę indeksu...)

Pisałam kiedyś coś o upływającym czasie. Wczoraj pakowałam walizki. Za parę dni się wyprowadzam. Tak po prostu, jakbym mieszkała tu tydzień czy dwa. A ja mieszkałam tu rok... W domu rok to był tak niewyobrażalnie długo okres czasu! Tyle można było robić, a tak się dłużył, jeśli się na coś czekało... A teraz? Nie zauważyłam, jak minął. Pierwszy rok za mną. I oby nigdy nie wrócił :)

Owszem, żeby nigdy nie wrócił. Nie wiem, jak jest na następnych latach, ałyszałam różne opinie, jak zwykle. Albo że to był najbardziej lajtowy rok, że to był ostatni rok, na którym było tyle czasu i imprez, albo że pierwszy rok był najgorszy. Według mnie to był dziwny rok. Trzeba było przywyknąć do ogromu nauki. Ale o tym wie każdy, w szczególności jarają się tym niektórzy licealiści typu "jaki to ja nie będę mądry po tej anatomii". Ale to wieczne poszukiwanie ukrytych sekretariatów, zdobywanie cennych informacji, do której pani z dziekanatu iść, który asystent nie opierdziela studentów, którzy do niego idą, z czym iść do profesora czy dziekana, żeby coś załatwić, a z czym nie, bo profesor się wkurwi i walnie takie pytania na następnym kolokwium, że prawie cały rok obleje i ta cała logistyka - co gdzie kiedy komu przynieść i po co. Indeksy, legitymacje, raporty, karty,... Takie rzeczy trzeba często odkryć samemu i to w bardzo bolesny nieraz sposób.

I najważniejsza rzecz to cały czas być czujnym i pilnować swoich spraw. Wiele osób oczekiwało, że profesor im powie, że asystent załatwi, że pani z dziekanatu poczeka, że ktoś tam zlituje się, że ktoś się spóźnił z fakultetem, bo coś. Dupa. Jednemu koledze nie policzyli kilku punktów z kolokwium. Poszedł do asystenta i usłyszał, że ten (ta?) załatwi. Spokojny więc, nic dalej nie robił. I co? Okazało się, że nic z tego nie wynikło, a zabrakło mu kilku procent do dopuszczenia do egzaminu. Kłócił się, ale nic nie mógł zrobić, bo wgląd do pracy ma się tylko i wyłącznie dzień po kolokwium. I ma facet repetę. Za taką pierdołę. Gdybym nie była czujna, zaliczyłabym warunek z... fakultetu (tak, fakultety to jeden z najważniejszych przedmiotów na tych studiach).

Dziękuję za wsparcie kilku osobom :) I miłych wakacji!

środa, 03 czerwca 2009

Myślałam, że następny wpis dotyczyć będzie sesji, jako że ta zbliża się nieuchronnie. I przyznam - mam pewne obawy z nią związane... Zaskoczyło mnie jednak to, że na moim blogu pojawili się studenci (nie tylko zresztą), którzy wspierają mnie w moim, hmmm... medycznym przedsięwzięciu. Nie spodziewałam się szczerze mówiąc, że ktoś go regularnie czyta :)

Jedno mnie ciekawi – co oznacza, że trzeźwo patrzę na ten kierunek? A już szczególnie, dlaczego zostałam zaklasyfikowana do „normalnych”? Wydaje mi się, że na pierwszym roku jest wielu „normalnych” studentów, ale może z perspektywy czasu kryteria „normalności” się zmieniają?

Szczerze mówiąc, na GUMie przeciętny student spotyka się głównie z raczej negatywnymi opiniami na swój temat. Że się nie uczymy. Że nie przygotowujemy się regularnie na zajęcia. Że oblewamy kolokwia/wejściówki/cokolwiek. Że niedojrzale podchodzimy do studiów. Można by tak długo wymieniać. Słyszałam, że to specyfika studiów medycznych - „motywowanie poprzez opieprzanie”. Pewien lekarz powiedział kiedyś, gdy dowiedział się, że zamierzam składać na kierunek lekarski, że żeby wytrzymać na tych studiach, trzeba bardzo chcieć je ukończyć. W przeciwnym razie wykończą mnie one psychicznie. Może prawda. Chociaż jak patrzę na znajomego, który poszedł na medycynę, bo jakoś tak wyszło, to widzę, że on się tym po prostu nie przejmuje. Jakoś tam zalicza, czasem nie i nie czuje się zdołowany.

Czy ja też należę do takich ludzi? Pośrednio chyba tak. Z jednaj strony staram się, uczę, przygotowuję na zajęcia i zaliczenia. Jednak cały czas myślę o alternatywach, o tym, że zaraz obok jest politechnika, na której mogłabym studiować. I dzięki temu gdy słyszę, że „studenci nic nie umieją” albo że „będziemy beznadziejnymi lekarzami, bo...” - różne argumenty w zależności od asystenta, to – krótko mówiąc – leję na to. Jeśli uda mi się skończyć te studia, to zostanę kompetentnym lekarzem niezależnie od tego, czy będę wiedziała, z czym łączą się dendryty neuronów ziarnistych warstwy II kory mózgu. A jeśli mnie wywalą – cóż, zdarza się – skończę inne studia. A że rok później? Co to za różnica...

A komentarz do pewnej studentki uczęszczającej na lektorat języka niemieckiego "Jeśli pani ukończy te studia, w co szczerze wątpię, to ja do pani nie na pewno przyjdę, bo pani nie będzie wiedziała, gdzie jest nerka, a gdzie wątroba!" (możliwe, że to nieco zmieniona wersja, gdyż tekst ten przeszedł przez kilka osób, ale sens ten sam)

niedziela, 31 maja 2009
Ludzie

Po prawie już roku na medycynie mogę trochę powiedzieć o ludziach tu studiujących. Nie znam jeszcze nawet połowy studentów z mojego roku, ale w końcu jest nas prawie trzystu... Jak w każdej reprezentatywnej grupie można znaleźć tu zarówno świetnych kolegów czy koleżanki, normalnych znajomych i tych, powiedzmy stereotypowych, studentów, o których sporo słyszałam przed rozpoczęciem studiów.

Z reguły podczas normalnych zajęć człowiek spędza czas z dwiema pierwszymi grupami, o trzeciej zapominając. No bo po co (i przede wszystkim: o czym) rozmawiać z kimś, od kogo w przelotnie zasłyszanych dialogach słyszy się tylko jaki to on nie jest, z czego to nie miał 5 czy, nie daj Boże, 4,5... Tacy istnieją, ale trzymają się razem. Jednak w okolicach kolokwiów, a przede wszystkim zaliczeń i egzaminów, pojawiają się różne inne indywidua.

Ujawniają się różne negatywne zachowania u tych, po których się tego nie spodziewamy. No bo kto by się spodziewał, że ktoś fajny z grupy, ktoś kto jest świetnym znajomym, zabierze materiały potrzebne na kolokwium na parę dni przed tymże i zniknie, po czym przyjdzie z uśmiechem na owo kolokwium życząc nam powodzenia? Że ktoś inny posiadając potrzebną książkę, poproszony o sprawdzenie jednaj niewielkiej rzeczy powie „Ale ja się przecież teraz uczę!” Nie mówiąc już o rzeczach tak prozaicznych jak plotki, obgadywanie i inne tego typu.

Nie mówię, że się tego nie spodziewałam. Idąc na studia takie jak medycyna, na których trzeba walczyć o to, by zdać i jeszcze najlepiej coś z tego wynieść, wiedziałam, że będą ludzie nie fair. Słyszałam od studentów oraz asystentów z innych uczelni krążące tam opowieści o studentach, którzy chowają notatki itp. Ale zobaczyć to na własne oczy wśród najbliższych znajomych nie jest przyjemne. Cóż, to tak jak w naszym przyszłym zawodzie – choroby to codzienność, przychodzi pacjent, leczy się go, czasem wyleczy. Ale jak choruje ktoś bliski? Czy wtedy lekarz często sam nie staje się tym biegającym po szpitalu krewnym, na których to tak się kiedyś zżymał?

No i jest jeszcze drugi biegun: lekkoduchy studiujący po to, by zaznać studenckiego życia. Nauczyć się na zajęcia? Po co, nie ma jeszcze kolokwium! Nauczyć się na kolokwium? Po co, to przecież nie egzamin! Nauczyć się na egzamin? Ups, ze średnią 2,0 nie pisze się egzaminu... Ale to mi nie przeszkadza, co mi do tego. Życie zweryfikuje. A nawet już weryfikuje sądząc po liczbie osób niedopuszczonych do różnych egzaminów czy mających warunek z jakiegoś przedmiotu. To są często świetni ludzie – można porozmawiać czy iść na imprezę. Tylko gdy słyszę teksty w stylu „Nic nie umiem z anatomii, bo asystent był beznadziejny/profesor tragiczny/wykłady nudne...” Nosi mnie. Po prostu mnie nosi. Mnie uczą ci sami asystenci, ci sami wykładowcy. I może moje stopnie to nie są same od 4 w górę, ale przecież jakoś tam zaliczam. No ale jak już napisałam – okaże się...

A co do Marudy: czy twój nick związany jest ze studiami? :) Bo też czasem mam wrażenie, że pasowałby mi taki... Zwłaszcza że obie mamy podobne, marudzące, podejście do studiów. Chociaż, ja możesz przeczytać w akapicie wyżej, nie znoszę ciągłego narzekactwa, jaka to ja jestem nieszczęśliwa i wszyscy inni beznadziejni. Wszystko z umiarem. A studiuję w Gdańsku :)

poniedziałek, 25 maja 2009
Matury

Jestem na półmetku. Na półmetku drugiego semestru: zostały mi dwa zaliczenia i dwa egzaminy, do których - na szczęście - jestem dopuszczona. Chwila oddechu i biorę się do roboty na nowo. W sumie, nie licząc siedzenia do późna i niedosypiania, jest coraz ciekawiej - ostatnie wykłady, zajęcia fakultatywne itp. Czasem odnoszę nawet wrażenie, że pierwszy rok nie jest jednak taki straszny :) Przestałam też myśleć o zmianie kierunku, chociaż jeżeli zawalę rok, to nie wezmę repety, nie będę tyle płacić, pójdę po prostu na inne studia. Mam jednak nadzieję, że nie będę musiała.

Niedawno odbywały się matury, co na nowo doprowadziło mnie do refleksji nad upływającym jakże szybko czasem. Jeśli uda mi się zaliczyć rok, to spotkam młodszych, chociaż niewiele, ludzi. Znając mnie, będę przysłuchiwać się ich rozmowom i porównywać ich punkt widzenia na pierwszy rok ze swoim obecnym. Pewnie uśmiechnę się na widok studentów pierwszego roku siedzących z atlasami i innymi źródłami pierwszorocznej wszechwiedzy stresujących się przed pierwszym kolokwium z anatomii :)

W tym roku na mojej uczelni zmienili zasady rekrutacji - zamiast trzech przedmiotów brane pod uwagę są dwa. Ciekawi mnie, czy dostałabym się w tym roku. Przy trzech przedmiotach prawie na pewno, przy dwóch nie wiem. Może pośledzę trochę rekrutację w wakacje, jeśli będę miała trochę czasu.

Słuchałam przy okazji opinii o maturze z biologii. Co ciekawe - były one bliźniaczo podobne do zeszłorocznych:zaraz po maturze wszyscy twierdzili, iż była łatwa, wręcz banalna. W przeciągu paru dni coraz więcej ludzi zauważyłoróżnego rodzaju głupie błędy, odpowiedzi typu "będzie - nie będzie w kluczu" itd. Czyli tak jak rok temu - nikt nic nie wie, wszyscy się stresują. I z doświadczenia dobrze wiem, czekanie jest najgorsze :) No i oczywiście czekanie na kolejne listy, gdy ma się ok 220 pkt i właściwie nie wiadomo, czy progi spadną czy nie. Mnie na szczęście to ominęło, chociaż nie dostałam się z pierwszej listy, to byłam prawie pewna, że się dostanę na którąś z wybranych uczelni.Zostaje mi tylko życzyć szczęścia maturzystom i sobie, żebym nie musiała przeżywać rekrutacji ponownie.

 
1 , 2