Moje lekarskie opowieści
Kategorie: Wszystkie | Opinie | Różne | Studia | praca
RSS
poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Trochę zmniejszyłam sobie liczbę dyżurów, chociaż niewiele, w końcu trzeba zarobić na rodzinkę i na siebie ;) Mam nadzieję, że gotówki starczy, bo ja nie mam siły pracować ponad miarę. Po co? Po co się zadręczać?

Dyżury na naszym oddziale są ciężkie, wszystko jak leci idzie na internę. Na niewydolności serca i arytmie kardiologia się wypina, oni chcą tylko dobrze finansowane zawały. Na brzuchy chirurgia się wypina, oni potrafili nawet perforacji napisać (bez obejrzenia pacjenta!!!) "nie do leczenia zabiegowego". Neurologia bierze udary, ale jak stary i nierokujący, to też najlepiej na internę. Jasne, interna wchłonie, ale potem okazuje się, że miejsca nie ma, no bo skąd, a pacjenci czekają trzy dni na SOR-ZE, bo przecież pusta!!! kardiologia nie weźmie. Oczywiście oficjalnie te oddziały pełne, miejsc nie zgłaszają, ale stażyście nam donoszą, że co druga sala pusta. 

A teraz dyżury jeszcze cięższe, bo więcej miejsc na oddziale. Doszły nam sraczki, cła reżimówka. Chociaż my i tak nie mamy tak źle - sąsiadom doszła cała sama monitorowana, czyli wszystkie ciężkie stany na internie, których nie chce OIOM. Stany astmatyczne, ostre brzuchy, co chirurgia się wypięła, jakieś pacjentki po NZK To wszystko na internę. A jak mamy pododdział monitorowany, to już w ogóle radość. 

Kolega się zachwyca. Chciałby na naszą internę, bo da się dużo nauczyć. Jasne. On robi anestezjologię. Śmieje się, bo ma w pełni monitorowany oddział, a to respiratory a to krwawe pomiary RR, a to nerki, a to ECMO jak już level hard. My mamy monitor jeden!!! na cały oddział, pulsoksymetr, co wyje, jak ktoś umrze, więc wiadomo, kiedy reanimować - w razie czego, ciśnieniomierz automatyczny (luksus). I własne dłonie i głowę.

Tagi: interna
22:09, cellula , praca
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 czerwca 2017

Zielone świątki, dzień wolny, spędziłam, jak przystało, w domu. Nie pracując. Przyszła do nas rodzinka na obiad, zrobiłam (dla brata weganina głównie) smażone tofu w sosie indyjskim z bazyliowym makaronem. Dziwna mieszanka, ale wyszło pyszne. Brat odmówił herbaty, gdyż podobno herbata do obiadu jest niezdrowa (!). Pił moją kranówkę, która na tym osiedlu jest cudowna i był zadowolony

Wg. Wikipedii: "Zielone Świątki – polska ludowa nazwa święta majowego lub czerwcowego, według wielu badaczy pierwotnie związanego z przedchrześcijańskimi – pogańskimi – obchodami święta wiosny (z siłą drzew, zielonych gałęzi i wszelkiej płodności), przypuszczalnie pierwotnie wywodząca się z wcześniejszego święta zwanego Stado (jego pozostałością jest ludowy odpust zielonoświątkowy), a obecnie potoczna nazwa święta kościelnego Zesłania Ducha Świętego."

Więc nawet nie wiem, czy to święto katolickie czy pogańskie, bo ogólnie nazwa brzmi rzeczywiście jak święto lasu. W każdym razie sklepy zamknięte.

Mam nadzieję, że i Wy, moi kochani czytelnicy, spędziliście ten dzień dobrze, nieważne, czy jako katolicy, czy poganie, czy inni ;)

Pozdrawiam weekendowo i... deszczowo!

sobota, 27 maja 2017

Z pewnych powodów, powiedzmy że pozamedycznych, nie mam tu za bardzo jak pisać częściej i bardziej regularnie. Cóż, bywa :) Ale pamiętam o Was i o blogu, spokojnie! Na razie chwila spokoju, wytchnienia, gorąca sobota, zimne piwko, czarny komputer, biały ryż do sushi. Już prawie lato!

Obiecałam koleżance, co idzie za mąż, że będę na jej ślubie. Nie przepadam za ślubami, bo mam słabą głowę, a panuje przymus picia, ale jak można sobie chlapnąć, ale nie trzeba chlać na umór, to jestem zawsze zadowolona. W ogóle nie znoszę tekstów typu "nie umiesz się bawić?". ;/ Jak mnie coś nie bawi, to mnie nie bawi i chuj. Zwłaszcza jakaś zabawa moim kosztem, gdzie ze mnie się śmieją. Nie znaczy to, że nie mam poczucia humoru. To znaczy tylko, że mam SWOJE poczucie humoru a i swoją godność i nie zamierzam się nikomu spowiadać z tego, co mnie śmieszy, a co nie. 

Jedno tylko marne w weselach, że często mi nie smakuje jedzenie. Nie przepadam za polską, tłustą kuchnią, no chyba że za pierogami, pierogi uwielbiam. A wysmażony schabowy to dla mnie koszmar. Po prostu nie. 

Kończy się zimne piwo, kończy się biały ryż do sushi, pozostał czarny komputer i... nader gorąca sobota. 

niedziela, 23 kwietnia 2017

Niedziela mija powoli, ja dopijam czerwone, wytrawne wino, mało, bo jutro przecież - jak zwykle - do pracy. Nie ma wolnych poniedziałków. Poniedziałek jak w dowcipach i miejskich przypowieściach: jest zawsze zły. 

Dziś dzień upłynął leniwie, wczoraj jeszcze leniwiej, ale piątek był owocny w... chodzenie. Załatwiałam sobie kolejny staż i musiałam pobiegać aż po kolejnym małym mieście. Staż mam robić w małym mieście, jeszcze mniejszym niż moje. Dlaczego? Bo w moim a to jeden szpital akredytacji nie ma, a to drugi oddziału, a to trzeci... terminów. I skończyłam na wygnajewie.

Mam nadzieję, że chociaż smaczna kawa tam będzie. Bo bufet jest, już sprawdziłam, kawę mają. Ale jaką...? 

Jeszcze trzy lata i kawałek do końca specjalizacji. Nawet ze trzy i pół roku. Heh. A nie! Więcej, bo zwolnienie niestety brałam, ze dwa tygodnie będą. Koszmar? Może, a może nie. W końcu coraz lepiej się pracuje, coraz lepiej dogaduje, a i pacjenci coraz wyrozumialsi, jak widzą, że ja nie zupełny świeżak, tylko już CAŁY ROK mam za sobą. 

Jednak koszmar ;)

Tak, półtora roku za mną, z czego dziewięć miesięcy zajebane dyżurami. Koszmar level milion.

Jak sobie pomyślę, że to samo przez następne cztery lata... Ech. nterna jest piękna, pacjenci wspaniali, tylko praca ciężka. Nie ma picia kawki przed drugą i wychodzenia z roboty o drugiej. Nawet najbardziej doświadczeni tak nie potrafią u nas. Ot prowincja, pacjentów chmara. 

Może kiedyś będzie lepiej.

21:26, cellula , praca
Link Komentarze (1) »
piątek, 31 marca 2017

Pisze z telefonu, dlatego tak brzydko bez polskich znakow. Jestem na urlopie, odpoczywam sobie od dyzurowego marazmu, ale i od ton papieru zwanych Szczeklikiem ;) W kazdym razie odpoczywam. 

W poniedzialek wracam na oddzial, w koncu juz placza, ze grafik sie nie spina ;) A ostatnie dwa tygodnie to ciepla, chociaz nie goraca Hiszpania z litrami drinkow z palemka i szczypta zwiedzania. Rodzinka i pogoda - dopisaly.

Ostatnio zas po Polsce pojezdzilam troche, jednak nie na wakacje (tylko raz weekend ze znajomymi ze studiow), a na kursy roznorakie. Odkad dyzuruje, stac mnie na normalne hotele, wiec i tutaj w sumie mozna mowic o "urlopach". Tak, wiem jak to brzmi: "wreszcie stac mnie na hotel"... ;) Bida z nedza.

Pozdrawiam i postaram sie pisac czasem.

16:30, cellula
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18